Ciernie w duszy

Pierwszy raz zobaczyłem Einstürzende Neubauten w holenderskiej telewizji. Było to w roku 1982. Grupa, którą wtedy miałem - the Birthday Party - dawała serię koncertów w Holandii i zbliżał się koniec trasy - wszyscy byliśmy na krawędzi śmierci. Właśnie schodziłem po schodach naszego skromnego, lecz miłego hotelu, kiedy dziwaczny, hipnotyczny dźwięk dobiegł mnie ze świetlicy, zdradliwie uwodzicielski, nieodparcie smutny. Poczułem przyciąganie tych piekielnych dźwięków i gdy wszedłem do świetlicy, wszystkie drogocenne skrawki muzyki, które wychwytywałem, zostały unicestwione - w całości - przez to, co zobaczyłem na ekranie.

Był tam młody człowiek w grubych okularach, dmący w zgiętą rynnę. Później poinformowano mnie, że nazywa się Alexander von Borsig. To znaczy młody człowiek - nie rynna. Rynna nazywała się "Spragnione Zwierzę". Dzięki typowo niestandardowej, by nie powiedzieć całkowicie prymitywnej pracy holenderskiej kamery, zmuszeni byliśmy do obserwowania maniakalnego von Borsiga bez przerwy przez pięć czy sześć minut, patrząc jak jego naturalnie blada germańska cera przybiera wraz z mijającymi sekundami kolor dojrzałej śliwki. Jak samotny wydawał się płacz Spragnionego Zwierzęcia, jego dziwaczny pisk wiszący w powietrzu niczym świszcząca, umierająca syrena. Pamiętam, że twarz von Borsiga przybrała dokładnie taki sam kolor jak czerwone rajstopy noszone przez Heidi, hotelową pokojówkę. Hello.

Nagle straszliwy łomot, który zdawał się dochodzić z wnętrza innej bestii - głodnej tym razem - zaczął rozszarpywać płaczliwy grunt ubity przez Spragnione Zwierzę von Borsiga i w końcu obydwa zwierzęta zjednoczyły się w nieczystej dźwiękowej kopulacji, która poraziła mnie aż po koniuszek fiuta. To tak jakby Ulisses i jego pijana drużyna żeglarzy złapali samotną syrenę, obrucili na plecy i zgwałcili grupą na skałach. I z cierpliwością, jaką rzadko się widzi w tego typu programach muzycznych, kamera przesunęła się wzdłuż sceny i znieruchomiała na człowieku trzymającym dwa młotki, stojącym przy dwu wielkich płachtach blachy falistej, w które tłukł coraz głośniej i głośniej, podczas gdy von Borsig nie przestawał dąć - pracując na guza mózgu. Ten człowiek to był Endruh Unruh, razem ze swoimi wąsikami Hitlera i głową niczym pole bitewne.

W końcu kamera odnalazła trzeciego mężczyznę. Był to najpiękniejszy człowiek na świecie. Stał w gumowym trykocie i czarnych gumowych spodniach, czarnych gumowych butach. Przez szyję miał przewieszoną totalnie spieprzoną gitarę. Skóra obciągnięta na kościach, czaszka będąca kompletną katastrofą, pełna strupów i rozcięć, oczy wychodzące z orbit niczym u ślepca. A jednak oczy te gapiły się na nas, jakby miały obwieścić jakieś boskie nawiedzenie. Stał tam człowiek na progu wielkości, stał tam Napoleon zwycięski pośród ruiny, Cezar zdobywca na przeglądzie swych legionów, Chrystus trzymający się pod boki na Kalwarii. Blixa Bargeld.

Przez sześćdziesiąt sekund człowiek ten stał jak sparaliżowany, zaczarowany swym własnym szaleństwem Potem otworzył usta i wydał krzyk, który brzmiał tak, jakby ktoś wyciągał mu cierń z duszy.

(...) Kilka miesięcy później the Birthday Party przeniosło się z Londynu do Berlina, poznaliśmy Einstürzende Neubauten i zostaliśmy przyjaciółmi. Pamiętam jedną wizytę w małym studiu w Kreuzberg, kiedy nagrywali "Spragnione Zwierzę"; studio było zimne i stęchłe, i pełne wzmacniaczy, śmieci i stali. Na środku pomieszczenia znajdował się mikrofon nakierowany na małego parszywego psa grzebiącego w parującej kupie świńskich jelit. Blixa Bargeld miał kontaktowy mikrofon przyklejony taśmą do piersi, podczas gdy umięśniony Mufti bił pięściami w tę naturalną płytę rezonansową. Bum-Bum Bum-Bum. Bum-Bum Bum-Bum. (...)

						(Fan)
					Nick Cave - Król Inkaust
					przekład: Janina Kruczyńsk
					wyd. Akia, Gdańsk 1997.